sobota, 28 września 2013

Chapter 10 PART 1 (Elizabeth Roxanne Grace Maria Alecia McHara)

        -Tato!! - krzyknęłam na cały dom. -Tato!!
        Nikt mi nie odpowiadał. Tatuś pewnie znów bardzo ciężko pracuję. On tak się stara, ale chyba wolałabym, żeby się ze mną pobawił. Dopiero teraz zorientowałam się, że jestem w samej pieluszce. Zaczęłam chichotać.
        Nie wiem co było w tym śmiesznego, ale nie mogłam opanować śmiechu. Czemu jestem w pieluszce i dlaczego oprócz niej nie mam nic na sobie.
        -Babciu! Babci! - krzyknęłam wesoło.
        W drzwiach mojego pokoiku stanęła babcia. Trzymała w rękach moje ubranko, które szybko na mnie założyła.
        -Choć kochanie. - powiedziała łapiąc mnie za rączkę. -Zrobiłam obiad. Twoje ulubione. Rosołek.
        Od kiedy to ja lubię rosół? Ale pomimo tęgo czułam niesamowite szczęście. W podskokach poszłam z babcią do kuchni.
        Stół był nakryty. Wszystko było na miejscu. Tylko nie było mojego tatusia. Czułam szczęście widząc, że wszystko jest poukładane. Wewnętrznie bardzo kochałam porządek.
        -Simon! Choć już! - powiedziała donośnie moja babcia.
        Po jakimś czasie w jadalni pojawił się na oko 32 letni mężczyzna. Był przygnębiony. Jego włosy siwiały. To był mój tatuś.
        -Choć tatusiu, zjemy razem. - powiedziałam podekscytowana. -Patrz jak tu czysto.
        On tylko spojrzał na mnie ze złością. Jakbym go upokorzyła. Poczułam się dotknięta. Zawsze tak na mnie patrzył. Ja tylko się do niego uśmiechnęłam, chwaląc się, że mam już wszystkie mleczaki.
        -Cholera. - powiedział patrząc na mnie z wrogością. -Ona musi być do niej taka podobna!!! Nie mogę na nią patrzeć! Ona mi zabrała Sophie! - krzyczał. -Zjem później.
        Zaczęłam płakać Za każdym razem to samo. To koło się nie kończy.
        -Tak bardzo chciałabym mieć mamę. Wszystkie koleżanki mają! Dlaczego ja nie mam? Co się stało z mamą? - zapytałam babcie przytulając się do niej.
        -Dowiesz się. Kiedyś się dowiesz. - odpowiedziała.
        -Idę do Marion. - powiedziałam odsuwając się.
        Wyszłam z domu i pobiegłam do małego domku na przeciwko. Mieszka w nim moja najlepsza przyjaciółka. Ma na imię Marion. Jest bardzo miła, a w jej ogródku rosną najlepsze maliny na świecie. Zapukałam do drzwi. Prawię od razu w drzwiach pojawiła się zgarbiona staruszka w fartuszku w kwiatki.
        -Witaj Marion. - powiedziałam obejmując ją.
        -Oh, Sophie. Co Ci się stało? - powiedziała ocierając moje łzy.
        -Tata znów mi powiedział, że zabiłam mamę. - powiedziałam. -Co to znaczy śmierć?
        -To nic przyjemnego kochanie. Nie musisz o tym wiedzieć w tym wieku.

środa, 25 września 2013

Chapter 10 [ZWIASTUN]

PART 1
        Wyszłam z domu i pobiegłam do małego domku na przeciwko. Mieszka w nim moja najlepsza przyjaciółka. Ma na imię Marion. Jest bardzo miła, a w jej ogródku rosną najlepsze maliny na świecie. Zapukałam do drzwi.
PART 2
        Wszyscy się na nią dziwnie patrzyli kiedy wchodziła do szkoły. Mężczyźni z zachwytem, kobiety z nienawiścią i zazdrością. Byłam pewna, że chodziło im o jej...
PART 3
        Szybko wyskoczyłam z łóżka, choć wiedziałam, że się spóźnię na lekcje. Szybko narzuciłam na siebie dres i popędziłam do szkoły bez śniadania, bo nie zdążyłabym na autobus. Byłam szybka niczym wiatr. Tego nauczyła mnie ta gorsza część osiedla. Choć nie wiem czy ona taka gorsza. O wiele więcej się tam nauczyłam.
        Choć i tak wiem nie wiele. Na przykład o przyjaźni z ...
PART 4
        Mężczyzna był dość.... Dojrzały. Miał siwą kozią bródkę i afro na głowie. Przypominał trochę alfonsa, w dodatku był otoczony facetami w garniturach. Każdy z nich miał fioletową muszkę, więc kto wie, jaki jest zawód tego faceta.
        -Przyszedłem po córkę. - powiedział uśmiechając się szeroko.
        -Tu nie ma twojej córki, Rich. - powiedział mój ojciec.
        A więc on zna tego gostka? Czy tylko mnie nie śmiesz zbieżność tej sytuacji? Ten facet wygląda jak alfons, a mój tata go zna? Zabawne tylko dla zboków. 
PART 5
        Byłam przemęczona. Dostawałam bardzo dużo ryżu na śniadanie, później nie dostawałam  nic oprócz wrzątku do picia. A mój ojciec? Nic! Jak nie reagował, tak nie reaguję. Zapomniał o mnie. Zajął się odbudowaniem swojej działalności. Muszę samodzielnie brnąć przez śnieg, czy chcę, czy nie chcę, a później lekcje. Powtarzam w kółko to samo. A po grze na pianinie nie czuję palców.
PART 6
        Starałam się wybiec z budynku jak najszybciej. Gdyby to było tylko takie proste. Samotnie wypatrywałam wyjścia. Nie miałam kogo się zapytać. Sprzątaczki chyba w ogóle ni mówiły po angielsku, a tylko one tu były. Ekipa Richa próbowała jak tylko mogła mnie wydostać. Moja śmierć byłaby dla niego ogromną stratą.
PART 7
        Głód. Odczuwałam tylko przeszywający głód. Nie było nikogo kto mógłby mi pomóc. Szpital w którym wylądowałam nie był zbyt luksusowy. Wiedziałam, że było w nim lodowato, jednak nie potrafiłam tego odczuć.
PART 8
        Wszystko stało się jasne. To nie był przypadek. Teraz wszystko pamiętam, bo skoro nie mam żadnych obrażeń neurologicznych, to oznacza, że nie ześwirowałam.

Przepraszam :( ~ Larry

piątek, 20 września 2013

Chapter 9

        Nie widzę w tym najmniejszego sensu. Po co mam niby iść spotkać się z jakimś gostkiem? Pewnie jest menadżerem. Może chcę, żebym była solistką, ale prawda jest taka, że ja nie potrafię śpiewać z maszyną. Z instrumentami nie czuję się taka samotna, ale to pudło, które wydaje z siebie muzykę mnie onieśmiela. Tak ja te dwieście osób na koncercie.
        Wyszłam z kabiny prysznicowej i założyłam mój mięciutki szlafrok. Usłyszałam pukanie do drzwi. Kto znowu? Jeśli Tom albo ktokolwiek z tej ferajny chce mnie prosić, żebym wróciła, to zatrzasnę mu drzwi przed oczami. No może Marth po prostu odmówię.
         Szybko zeszłam na dół. Gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam jakiegoś faceta. Był ubrany w koszule i dżinsy. Nigdy wcześniej go nie widziałam. A to nie był najlepszy moment na niezapowiedzianych gości, bo byłam w samym szlafroku.
         -Dzień dobry. Nazywam się Paul Higgins. A ty jesteś Elizabeth jak sądzę. Miło mi Cię poznać. - powiedział wyciągając w moją stronę rękę.
         -Dzień dobry. - powiedziała przez zęby. -Dlaczego pan przyjechał do mojego domu? Mieliśmy się spotkać w Modest o 11:30, a teraz jest 8:12. - powiedziałam patrząc na zegarek ścienny.
         -Eh, Harry był wolny tylko teraz, a wieczorem stwierdziłem, że warto go też przyprowadził. - wytłumaczył. -Na szczęście Georg podał mi twój adres. Powinien zaraz tu być.
         -Dobrze. A Harry? - zapytałam.
         Facet odsunął się i zza jego pleców wyłonił się Harry. Miał niezadowoloną minę. Czy powinnam się czegoś obawiać?
         -Cześć. - przywitał się na momencik się uśmiechając.
         -Skoro musimy czekać na mojego menadżera, to ja może pójdę się ubrać. - powiedziałam zaciskając pas szlafroka.
         -Dobrze. - westchnął Paul.
         Pobiegłam do mojego pokoju i ubrałam się w to. Kiedy byłam gotowa wróciłam do chłopaków. Nawet nie zorientowałam się, że założyłam koszulkę Toma, którą zabrałam mu bo była zbyt... Pedalska.
         -Jestem. - powiedziałam uśmiechając się do niech.
         Obydwoje wyglądali przez chwilę jakby mieli się zacząć śmiać. Nie rozumiałam dlaczego.
         -To jest męska bluzka. - powiedział Harry.
         -Wiem. Ale strasznie pedalska. - odpowiedziałam.
         -Mam koszulę w taki wzór. - powiedział a uśmiech zszedł z jego i jego (jak mniemam) menadżera  twarzy.
         -To lepiej ją przede mną chowaj bo ci zabiorę. -zaśmiałam się.
         Nagle do mojego domu wszedł George. -Przepraszam za spóźnienie. O co to całe zamieszanie?
         -Puka się. - mruknęłam pod nosem.
         -Więc... - zaczął Paul siadając na mojej kanapie gdy przeszliśmy do salonu. Wyciągnął z teczki jakąś kartkę. -Chciałbym wynegocjować, teoretycznie, Elizabeth. - to imię kuło mnie w uszy. Wiedziałam, że chodzi o mnie, ale czułam się jakby to nie było moje imię.
         -Słucham?
         -Na pewno słyszałaś już, że Modest płaciło Eleanor, za chodzenie z Louisem. - powiedział Paul lekko żartobliwie.
         -Nigdy nie obiło mi się to o uszy. Dlaczego? Może dlatego, że gdy byłam 12-letnią dziewczynką, to miałam ważniejsze sprawy niż uganianie się za One Direction. - powiedziałam śmiertelnie poważnie.
         -W każdym bądź razie jej nie płaciliśmy. - odpowiedział. -Ale to nie byłby najgorszy pomysł płacić za coś takiego tobie. - powiedział uśmiechając się do mnie.
        -Oszalałeś Paul? - zapytał George. -Ona jest wokalistką rockowego zespołu, a ten twój chłoptaś? On przyniesie nam wstyd. - powiedział ostro. -Gdyby to Elizabeth chciała z nim być, bo się jej podoba, to prawdopodobnie bym jej zabronił.
        -Naprawdę? - zapytał trochę zawstydzony Harry.
        -Widzisz! O tym właśnie mówię! A poza tym ona ma już chłopaka. Gitarzystę rockowego! -dzięki bogu, że George to powiedział. -Popowa laleczka Modest nie jest nam potrzebna do szczęścia.
        -Och, no cóż. Chciałem wam zaproponować po 20000 miesięcznie, ale skoro nie...
        -30000 dla mnie, dla Elizabeth i dla jej chłopaka. - powiedział stanowczo George.
        -Co? Ale może ja nie chcę udawać niczyjej dziewczyny jak jakaś nierządnica! - powiedziałam patrząc zdziwiona na mojego menadżera. -Za żadne skarby tego nie zrobię. - powiedziała do Higginsa.
        -A za 35000 tysięcy dla ciebie i po 30000 dla innych? To naprawdę wybije waż zespół w listach przebojów, a jakby co, to tobie pozwolimy zerwać z Harrym. - powiedział Paul podając mi kontrakt.
        Zaczęłam czytać jego treść. Było wolne miejsce na gaże i nazwiska, a cała reszta (nawet drobny druczek) była spoko. Gdyby nie fakt, że mam swoje poczucie godności podpisałabym to.
        -Na pardę George? Chcesz splamić nasz zespół dla 30000 miesięcznie? - zapytałam go patrząc mu w oczy.
        Menażer zabrał mi kontrakt, wypełnił luki i złożył swój podpis. Po kolei wszyscy się podpisali i stanęło na mnie. Co miałam zrobić?
        -Podpisujesz taki świstek raz na miesiąc i musisz po prostu udawać miłość z Harrym. To nie splami waszego zespołu, jeżeli na końcu powiesz, że tylko się nim bawiłaś. - powiedział Paul puszczając do mnie oko.
        Jeszcze raz przeleciałam wzrokiem kartkę. Wszystko wydawało się okej. Wzięłam do ręki długopis i złożyłam swój podpis. Czułam się upokorzona. Ale jednak to tylko miesiąc. Prawda?
        -Dziękuję. Wiedziałem, że się zgodzisz. Kto wie. Może Harry na prawdę Ci się spodoba. - powiedział zadowolony z siebie Paul. -Jutro Harry o 12:00 przyjedzie po ciebie. Pojedziecie do ZSL LONDON ZOO. Umówiłem się tam z paparazzi na 12:30.
        -To to nie jest tak, że oni sami cię znajdują?
        -Czasami tak. - odpowiedział Harry. -A czasami menadżer ich umawia.
        -Mam pytanie. - zwróciłam się do Higginsa. -Dlaczego akurat ja?
        -Bo Directionerki myślą, że już jesteście razem. Jeszcze nie chcą Cię zrównać z ziemią, więc cie polubiły. - powiedział uśmiechając się promiennie. -Nie zepsuj tego.
        I po prostu wszyscy wyszli z mojego domu. Tylko Harry został. Dlaczego?
        -Nie idziesz z nimi? - zapytałam.
        -Nie. Kazali nam iść na spacer. Nasz na przeciwko park. - powiedział. -Umówił się tam z...
        -Paparazzi. - dokończyłam za niego. -A więc muszę się przebrać.
        Po piętnastu minutach zeszłam lekko umalowana i ubrana w to. Harry znów z kimś pisał.
        -Idziemy? - zapytał chowając telefon do kieszeni.
        -Jasne. - westchnęłam.
        Szłam przed siebie i patrzyłam do tyłu jak wstaję. To był błąd. Przyrżnęłam w coś głową. Co było dalej? Dobre pytanie. Nie mam bladego pojęcia. Ciemność.

Chapter 8

BRAK SZACUNKU!!
*************************************************************************
        Dziś jest bardzo pracowity dzień. O 7:30 wszyscy musieli być w studiu, które jest na drugim końcu miasta. Nikomu nie chciało się wstać, tłumaczyli sobie to tym, że jest weekend. Ale tak na prawdę, to nawet w środę nie chciałoby im się wstać.
        Tylko ja prawię bez problemu wstałam. Szybki prysznic, szybkie ubranie się, zjedzenie śniadanie w drodze było dla mnie rutyną. Martha, na przykład była mega niezorganizowana. Biegała po całym domu ze spodniami na wysokości kostek i myjąc zęby. Do tego popędzała mnie, żebym szybciej robiła kanapki.
        Nasi goście wczoraj wieczorem wrócili do domów. Nareszcie. Myślałam, że zaraz umrę. Musiałam robić więcej obiadów niż zazwyczaj. A chciałam dodać, że to ja kupuję składniki. Jak jakiś niewolnik. Dlatego ja też już dziś wracam do mojego przytulnego domku.
        -Pospieszcie się bo się spóźnimy! - krzyknęłam na cały dom. Z góry zbiegł gotowy Marion a za nim,Tom zakładający koszulkę. A gdzie nasza nowa parka? -MARTH! MICHAEL! RUSZCIE SIĘ!!!!
        Dałam gotowym chłopakom po kanapce i kawie z puszki, które wczoraj kupiłam dla nich w Starbucksie. Dla siebie kupiłam śmietankę do kawy w kartoniku i butelkę wody w spożywczaku. Śmietankę, bo bardzo dobrze nawilża gardło.
         -Idźcie już do samochodu. Zaraz przyjdziemy - powiedziałam do chłopaków i pobiegłam na górę. Martha właśnie wychodziła z łazienki. Była gotowa. -Leć do samochodu. - nakazałam jej.
         Michael wychodził ze swojego pokoju. Był totalnie w proszku. Ja chyba zaraz wybuchnę.
***
         Wreszcie dojechaliśmy do studia. Spóźniliśmy się o pół godziny i nie będę wytkała Michaela palcem, tłumacząc przez kogo. Szybko wbiegliśmy do budynku. Przy recepcji siedziała Jenny, tak jak zawsze.
         -Macie szczęście. Wasz menadżer stoi w korku. - powiedziała uśmiechając się promiennie.
         -Dzięki bogu. - westchnął Marion. -Mielibyśmy przechlapane.
         -Macie iść do sali nagraniowej. Tej z instrumentami. Nie wiem jak to się nazywa. - powiedziałam trochę przerażona.
         Tylko przytaknęłam i wsiadłam do windy. Zawsze oni zaczynali nagrywać, a ja w tym czasie ćwiczyłam. Miałam słuchawki na uszach i śpiewałam tekst z kartki. Dzięki temu było mniej powtórzeń i szybciej wracaliśmy do domów.
         Nasz menadżer zjawił się po godzinie. -Dobrze. Szybko łapcie za instrumenty. A ty Elizabeth szybko powtarzaj! - powiedział zdenerwowany. Tylko wtedy nazywał mnie Elizabeth.
***
         -No to co teraz? Idziemy na imprezę? - zapytała Marth.
         -Ja pasuję. Gardło mi pada. - westchnęłam zachrypniętym głosem.
         -To tym bardziej powinnaś sobie wypić ze dwa piwka. - powiedziała Martha.
         -Ale ja nie jestem pełnoletnia. - przypomniałam. 
         Powoli ich "Choć na impreze" doprowadzało mnie do szału. Co ja tam miałam niby robić? Niby tańczę, ale tylko w video diary. A w dodatku jakoś nie mam szczególnie ochoty, żeby jakiś nawalony jak stodoła koleś mnie podrywał. Tak jak ostatnio. Pojechałam metrem do domu. Byłam już zmęczona nimi i tym dniem.
         W domu jak zawsze weszłam na Twittera. Kolejni followersi i tweety do mnie. Tym razem to było w większości "Harry jest mój". Niby mnie nie nienawidzą, ale i tak mnie obserwują. Odpisałam im, że wcale nie mam zamiaru stawać na drodze ich miłości. Harry jakoś specjalnie mi się nie podoba. Dostałam jeszcze jedną wiadomość na prywatnych. Od Modest! . Czego oni mogą ode mnie chcieć? Mój menadżer zawsze informował mnie o wszystkim osobiście.
         DO: @SophieERGMAMcHara
         
         @ModestMgmt : Panno McHara, mamy bardzo interesującą propozycję. Dobrze płatną. Proszę stawić się jutro o 11:30 w Biurze. ~ Paul Higgins
         Kto to jest k*rwa Paul Higgins? Jakiś zboczeniec czy co? W każdym bądź razie pracuje w Modest! więc musi być popieprzony. Nie chcąc obrazić Goerga. Albo nie. Zdarł mi gardło. Chce go obrazić

środa, 18 września 2013

Znowu będę zaśmiecać stronkę choć tego nie czytacie.

https://www.facebook.com/opowiadania.blogi
Like dla tej stronki. Mogę zrozumieć, że nie obserwujecie bloga bo nie macie konta google, ale każdy ma facebooka. Dopiero zaczynają. Uważam, że takie stronki są przydatne, bo każdy kto ma talent może się dzięki temu wybić.
Nadal uważam, że opowiadań nie będzie bez komentarzy.

wtorek, 17 września 2013

Chapter 7

Ostatnio to się nie powiodło, ale teraz to już spokojnie mogę powiedzieć, nie ma komentarzy, nie ma nowego rozdziału.

*************************************************************************
        Była 5:30. Najwyższa pora żeby wstać. O 8:00 zaczynają mi się lekcje. Martha oczywiście już od dawna namawia mnie, żebym rzuciła szkołę. Tak jak ona i Marion. Tylko, że ja nie chce wywozić śmieci kiedy nasza kariera się już skończy. Chodzę do najzwyklejszej, publicznej szkoły. Nie przychodzą tam Paparazzi ponieważ nie jestem jakaś szczególnie sławna.
         Szybko wzięłam prysznic i ubrałam to. Szybko zeszłam na dół żeby zjeść śniadanie. Musiałam być bardzo cicho, bo naszym niezapowiedzianym Tom pozwolił zostać ile chcą, a że dom Harrego jest osaczony zawsze przez paparazzi to jest u nas od tygodnia. Suzan z resztą też.
         Zrobiłam sobie kanapkę z szynką i pobiegłam na przystanek. Ledwo zdążyłam. W autobusie spotkałam moją koleżankę, Kate. Była ode mnie młodsza o rok. Za dużo nie rozmawialiśmy, tylko tyle co w autobusie. Podszas przejazdu 1 przystanku.
         -Cześć. - powiedziałam szeroko się do niej uśmiechając.
         -Hej. - odpowiedziała. -Ty nadal do szkoły? Ostatnio przybyło wam trochę fanów. Puszczają was w radiu praktycznie bez przerwy. Nawet teraz. - powiedziała zakładając mi na uszy słuchawki.
         Faktycznie. Poznawałam specyficzny sposób grania na basówce. Mój głos brzmiał nie źle. Może jednak potrafię śpiewać.
         -Nieźle. - powiedziałam delikatnie się uśmiechając. -Niedługo paparazzi zaczną śledzić każdy mój krok.
         Jednak szybciej niż się spodziewałam. Gdy tylko wyszłam później z underground. Był tylko jeden, ale i tak czułam się dość nietypowo. Miałam mu kazać sobie pójść? Może zapozować? To była pierwsza taka sytuacja. Postanowiłam tylko się uśmiechnąć i pójść dalej. Trochę przyspieszyłam bo miałam tylko piętnaście minut.
***
         Poczułam wibrację. Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Faktycznie dostałam smsa od Toma. Pytał kiedy wrócę bo są głodni. Miałam jeszcze pół godziny lekcji.
         -Ok. Minęło piętnaście minut. Sprawdzamy obecność. - powiedziała nauczycielka. -Alden Colin.
         -Jestem.
         Szybko odpisałam na smsa.
         DO: Tom
         14:10, 17 września
         Sophie: Minimum za godzinkę będę. Jak po mnie przyjedziesz, to wrócę szybciej.
         -McHara Elizabeth
         -Jestem. - powiedziałam podnosząc rękę do góry.
         Tak mam na imię Elizabeth i to nie jest śmieszne. Tata nazywał mnie Sophie, po mamie więc tak się przedstawiałam pomimo mojego prawdziwego imienia. Tak na prawdę mam na imię Elizabeth (mama tak sobie zażyczyła zanim na moje nieszczęście zmarła przy porodzie, bo przez to tata nigdy mnie nie kochał) Roxanne (podobało się tacie) Grace (po babci) Maria (po matce Jezusa) Alecia (sama sobie wybrałam na bierzmowanie, bo tak ma na imię P!nk) McHara. Poprzedzając pytania, tak miałam problem z nauczeniem się tego.
         -I Young Nayda.
         -Jestem.
         -Dobrze więc, przejdźmy do lekcji. Za tydzień wyjeżdżacie do Portugalii, więc rozdam wam karteczki z godziną zbiórki, odjazdu i powrotu dla waszych rodziców. - jak dobrze, że to godzina wychowawcza. -Pamiętajcie przy pakowaniu, że tam jest ciepło. Czasami dochodzi do 30 stopni, więc nie brać jakiś swetrów czy kurtek tylko letnie ubrania.
         Jakbym na to nie wpadła. W południowej Portugalii jest cieplej niż w Londynie. To mi zaskoczenie.
         -A będziemy sami w samolocie? - zapytała Agnes
         Dostałam smsa. Nauczycielka stała za blisko więc nie mogłam go odebrać.
         -Niestety nie, dlatego będziecie musieli się zachowywać cicho.
         -A gdzie będziemy spali? - zapytał Andrew.
         -W hotelu. Każdy będzie miał kawalerkę. - powiedziała z rozpromienionym głosem. No tak. Oprócz naszej wychowawczyni jedzie pan od historii. Jej były mąż. Na pewno nie chciałaby musieć z nim spać. -Jakieś jeszcze pytania?
         -Czy będziemy mieli czas wolny? - zapytała Violet.
         -Jesteście już na tyle starzy, że będziecie mogli robić co chcecie przez cały dzień. Tylko będziecie musieli po 21:30 być w hotelu. Nic więcej nie wymagam. - powiedziała uśmiechając się.
         Po klasie rozniosło się głośnie "YEH!"
         Nareszcie dzwonek. Szybko wyszłam z sali i zobaczyłam wiadomość.
         DO: Sophie
         14:33, 17 września
         Tom: Harry po Ciebie przyjedzie. Nie ma co robić.
         Napisałabym mu, że to szaleństwo, ale Harry pewnie już na mnie czekał. No cóż.
         -Harry Styles odbierze mnie ze szkoły. - powiedziałam do Caroline idącej obok mnie. Tak, tej Caroline, która swego czasu kochała Harrego.
         -Dlaczego on zawsze wolał ciebie? - powiedziała lekko zirytowana.
         -Bo jestem fajniejsza? - zaśmiałam się.
         Caroline walnęła mnie biodrem śmiejąc się tak jak ja. -A mogę go chociaż poznać? Przez te sześć lat mi się to nie udało.
         -Jasne. - przytaknęłam i pociągnęłam ją za rękę do wyjścia. -I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie wiem jakim samochodem on miał przyjechać. - zaśmiałam się kiedy stanęłyśmy na kostce brukowej przed szkołą.
         W tym momencie na parking wjechało srebrne porsche Toma i zaparkowało tuż przed nami. Otworzyła się szyba i wyjrzał zza niej uśmiechnięty Styles.
         -Długo czekacie? - zapytał,
         -Wieki. - zaśmiała się Caroline.
         -Myślałam, że zaraz przyrośniemy do chodnika. - dodałam. -Nie, żartuję. Dopiero wyszłyśmy.
         -Pamiętasz mnie? - narzuciła się Caroline.
         -To ty jesteś tą dziwną koleżanką, która się we mnie zakochała jak miała 11 lat? - zapytał. To było trochę wredne.
         -Wiesz Caroline, my już pojedziemy. - powiedziałam szybko siadając z przodu. -Pa.